> ...
Get Adobe Flash player

 

 

AddThis Social Bookmark Button

Przedstawiam wynik mojej IPN-owskiej kwerendy, w której sporo, dotychczas nigdzie nie publikowanych, dokumentów związanych z "krwawą Luną" czyli Julią Brystygierową . I to własnoręcznie przez tę żydowską zbrodniarkę wypełnionych. Zanim zleciłem skanowanie tych dokumentów do publikacji miałem ich oryginały w rękach. To było emocjonujące doznanie. Ciekawość wymieszana z pogardą. Jedną z ciekawych informacji jest jej adres w Warszawie. Zamieszkiwała przy Al. Przyjaciół. To było i nadal jest bardzo ekskluzywne miejsce z luksusowymi, dużymi mieszkaniami dla prominentnych, komunistycznych kreatur. Warto dodać, że mieszka przy tej alei Adam Michnik, który przejął lokal po rodzicach.

Leszek Bubel



 

Tytułem uzupełnienia przedstawiamy fragment znakomitej książki Sławomira Kopera "Kobiety władzy PRL", dotyczący tej zbrodniarki

Julia Brystygier
„Luna stała się naprawdę wybitnym pracownikiem Bezpieczeństwa i na tle innych dyrektorów czy naczelników - nie odznaczającymi się wielkimi talentami i stosującymi toporne często metody - zdecydowanie się wyróżniała. Była przy tym wyjątkowo inteligentną kobietą [...].
Bystra, przenikliwa, umiała nawiązywać dobre kontakty z ludźmi. Powierzono jej spawy wymagające bardzo delikatnych tonów, dużej wiedzy i kwalifikacji wyższego rzędu”.

(Jakub Berman) 


CIOTKA REWOLUCJI

Józef Światło sugerował, że w okresie powojennym Bieruta łączyły również intymne stosunki z Julią Brystygier, dyrektor V Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Towarzyszkę Julię nie bez powodu nazywano „krwawą Luną”, zarzucano jej okrucieństwo i wyrafinowany sadyzm. Jej ulubionymi ofiarami byli młodzi żołnierze Armii Krajowej, których z lubością osobiście torturowała. Sensację wzbudzała również swoboda obyczajowa Luny potrafiącej być jednocześnie kochanką kilku komunistycznych dygnitarzy. To jednak Brystygierowej nie wystarczało i dobierała sobie partnerów z grona podwładnych, a chętnych do odmowy raczej nie było.

Naprawdę nazywała się Julia Preiss (Prajs?), urodziła się w 1902 r. w Stryju w rodzinie zamożnego żydowskiego aptekarza. Była osobą wykształconą, ukończyła historię na lwowskim uniwersytecie, zrobiła nawet doktorat z mediewistyki (lub historii filozofii). Przez pewien czas przebywała w Paryżu, gdzie podobno była modelką Picassa. Po powrocie do kraju wyszła za mąż za działacza syjonistycznego Natana Brystygiera, z którym miała syna, Michała. Niewiele wiadomo o jej małżeństwie, właściwie tylko tyle, że mąż zmarł w 1930 r.

Luna związała się z komunistami i z tego powodu straciła pracę w gimnazjum w Wilnie (uczyła tam historii). Powróciła do Lwowa, wstąpiła do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, współorganizowała słynny kongres pracowników kultury w 1936 r.

Na pewno nie identyfikowała się z państwem polskim. Z pochodzenia Żydówka, a z przekonań komunistka „była bardzo, ale to bardzo ukrainofilska. W swojej bibliotece miała dużo książek ukraińskich. Lubiła ich kulturę, literaturę”. Kilka razy więziona i skazywana za działalność komunistyczną, po klęsce wrześniowej pozostała nad Pełtwią. Zapewne już wcześniej była agentką NKWD, a pod sowiecką okupacją zasłynęła jako gorliwa autorka donosów. Denuncjowała nie tylko „wrogów ludu”, całkiem sprawnie donosiła również na kolegów partyjnych. Przy okazji nawiązała bliższe kontakty z Wandą Wasilewską, a znajomość ta miała odegrać ogromną rolę w jej karierze.

Nie wszyscy jednak mieli złe zdanie na temat lwowskiego epizodu jej życia.

„We Lwowie - wspominał późniejszy redaktor naczelny „Trybuny Ludu” Leon Kasman - mieszkała Luna Brystygierowa. Trochę dama, dosyć wykształcona, wymowna, umiała się zachować. Dotarła do jakiś ważnych Sowietów i pozwolono jej prowadzić opiekę nad byłymi więźniami. Powołano ośrodek Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Luna została jego przewodniczącą, przydzielono nam lokal, parę pokoi w centrum miasta. Jako nasza opiekunka robiła, co mogła, dwoiła się i troiła, by nam pomóc, by nas gdzieś poupychać przez różne znajomości. Nic złego nie mogę o niej powiedzieć”.

Pomogła również mało wówczas jeszcze znanemu działaczowi komunistycznemu z Podkarpacia. Dzięki Lunie Władysław Gomułka znalazł pracę, czego nigdy miał jej nie zapomnieć.

Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej Brystygierowa wyjechała na wschód. W Samarkandzie nie zmieniła obyczajów, nadal działała w MOPR i współpracowała z NKWD. A ortodoksyjności poglądów mogliby jej pozazdrościć starzy czekiści. Postawiła przed komisją dyscyplinarną Józefa Goldberga (późniejszego prokuratora Józefa Różańskiego) z żoną, zarzucając im odbiór pomocy żywnościowej od rządu Sikorskiego. Chodziło o dwa kilogramy ryżu i torbę mąki, które przyjęła żona Różańskiego, chcąc ocalić dziecko od śmierci głodowej. Argumentacja ta nie przekonała jednak Luny, oskarżającej Goldbergów o kontakty z imperialistami, „polityczną zdradę” i „brak komunistycznej godności”. Różański był jednak również agentem NKWD (o dłuższym nawet stażu) i ostatecznie sprawa ucichła. Ale oboje tego incydentu nigdy nie zapomnieli.

Przyjęcie ryżu i mąki od „reakcyjnego rządu Sikorskiego” wydawać się mogło niewielkim przewinieniem, ale warto pamiętać, w jakich warunkach żyli ludzie na zapleczu frontu. Panował straszliwy głód, ludzie umierali z niedożywienia i braku witamin.

„Zobaczyłem naszych towarzyszy - opisywał sytuację w Samarkandzie Leon Kasman. - Galeria półtrupów. Odnalazłem Minca. Miał nieźle. Był profesorem na tamtejszym uniwersytecie i miał stołówkę. Wtedy liczył się dostęp do jedzenia, nie pieniądze. Mincowie mieszkali w małym pokoiku, pośrodku którego stała koza. Mały, żelazny piecyk, z rurą wyprowadzaną przez okno. Sufit i ściany były sczerniałe od sadzy. Mincowa zaprosiła na kolację. Nie umiała gotować i do saganu wrzucała, co miała pod ręką: fasolę, kawałki mięsa, kartofle, okropne to było, ledwo mogłem jeść”.  

OBRAZKI Z ŻYCIA INTYMNEGO

Luna nie uchodziła za specjalnie atrakcyjną kobietę. Zachowane relacje jednoznacznie określają, że miała ładną twarz, ale „była potwornie niezgrabna”. Nieoceniony plotkarz, Włodzimierz Sokorski, uważał, że „była od początku niezwykle ciekawą kobietą: ładna buzia i strasznie niezgrabna figura - nadawała się na modelkę do kubistycznych obrazów Picassa”.

Julia lubiła jednak mężczyzn i ceniła erotyczną stronę życia. Inna sprawa, że seks traktowała często instrumentalnie, w czym pomagały jej umiejętności dyplomatyczne. Podczas wojny jej kochankami byli jednocześnie: Jakub Berman, Hilary Minc i Eugeniusz Szyr. Panowie specjalnie sobie nie przeszkadzali, może za wyjątkiem Minca, który rościł sobie prawa do wyłączności. Zresztą obyczaje panujące w Związku Patriotów Polskich wprowadzały w osłupienie osoby postronne, niepotrafiące zrozumieć zmieniających się układów męsko-damskich.

,,[...] należał do najbardziej zagorzałych sekciarzy - pisał Zygmunt Berling o Szyrze. - Znany był z tego, że jego arbitralność i arogancja budziły sprzeciw nawet osób nie zainteresowanych bezpośrednio w sprawę. On nie dyskutował. On rozstrzygał. Był całkowicie opanowany przez kompleks antysemityzmu i z niego wywodził się jego stosunek do nie-Żydów, a przede wszystkim do Polaków. Przy tym wszystkim charakterystycznie „żydłaczył”. W owym czasie, w Moskwie został mężem... Brystygierowej. Uważałem go za antypatyczne indywiduum”.

Do określenia „mąż” należy podchodzić z pewnym dystansem, w kręgach komunistycznych sprawy te dalekie były od regulacji prawnych. Trwała zresztą wojna i nikt do formalizacji związków się nie spieszył. To wówczas pojawiło się określenie, które sżybko zdobyło popularność - „przechodnia polowa żona” (w skrócie: PPŻ).

Berling uważał Brystygierową za złego ducha Wasilewskiej (której również nie cierpiał) i traktował jako główną przedstawicielkę frakcji żydowskiej w ZPP. Ironizował, że organizacja powinna zmienić nazwę na Związek Patriotów Żydowskich i zarzucał Lunie, iż dobiera ludzi wyłącznie pod kątem narodowościowym. A Wanda podobno w ogóle nie interweniowała:

,,[...] stała się w rękach Brystygierowej narzędziem całkowicie bezwolnym. Ta ostatnia rządziła organizacją samowolnie i z iście bezwstydnym tupetem, tak jak chciała. Królowało sekciarstwo i zuchwałe forowanie Żydów i Żydówek, bez względu na ich faktyczne kwalifikacje i pochodzenie społeczne na wszystkie kierownicze i mające jakiekolwiek znaczenie stanowiska”.

Intymne kontakty Luny nie ograniczały się wyłącznie do Szyra. Nadal regularnie sypiała z Mincem i Bermanem. Zdawała sobie sprawę z faktu, że Szyr ma najmniejsze szanse na karierę, natomiast pozostała dwójka szykowała się do objęcia najwyższych stanowisk. I znaleźli dla Luny odpowiednie zajęcie...

W październiku 1944 r. Brystygierowa wstąpiła do PPR, została również włączona w skład Krajowej Rady Narodowej. Partyjni koledzy wystąpili wówczas z propozycją nie do odrzucenia.

„W Lublinie - mówił Berman - szukano odpowiednich ludzi dla wzmocnienia Urzędu Bezpieczeństwa i jak mi potem sama opowiadała, do pracy w Bezpieczeństwie zmusili ją Gomułka i Bierut. Podobno nie bardzo chciała, bojąc się odpowiedzialności i uważając, że niezbyt zna się na tej robocie, ale [...] powołali się na obowiązek partyjny, dali nakaz i poszła. Została dyrektorem V Departamentu Społecznego i pod swoją opieką miała sprawy kleru oraz środowisk twórczych. Po niedługim czasie okazało się, że decyzja [...]była słuszna”.

Faktycznie, Julia Brystygierowa stała się prawdziwym postrachem Urzędu Bezpieczeństwa, uczciwie zapracowując na przydomek „krwawej Luny”.

TOWARZYSZKA DYREKTOR W AKCJI

Gomułka miał wobec Luny dług wdzięczności, dla Bieruta była wprawdzie osobą anonimową, ale sugestia Bermana i Minca okazała się wystarczającą rekomendacją.

„Luna stała się naprawdę wybitnym pracownikiem Bezpieczeństwa - kontynuował Berman - i na tle innych dyrektorów czy naczelników - nie odznaczającymi się wielkimi talentami i stosującymi toporne często metody - zdecydowanie się wyróżniała. Była przy tym wyjątkowo inteligentną kobietą [...]. Bystra, przenikliwa, umiała nawiązywać dobre kontakty z ludźmi. Powierzono jej sprawy wymagające bardzo delikatnych tonów, dużej wiedzy i kwalifikacji wyższego rzędu. Miała robić rozpoznanie nastrojów panujących w środowiskach artystycznych i określać, kto z tych ludzi jest uczciwy, a kto nie. Trzeba przyznać, że dzięki wrodzonej kulturze dobrze to rozeznanie robiła”.

Kontakty z inteligencją traktowała instrumentalnie, wiedząc, że to środowisko nigdy nie zaakceptuje komunizmu. Tłumaczyła podwładnym, iż tej warstwy nie można poddać eksterminacji, gdyż opóźni to rozwój kraju. Sowieci podczas rewolucji wymordowali swoją inteligencję, i popełnili wielki błąd. Należało zatem wykorzystywać umiejętności, a terror powinien zniszczyć całkowicie objawy oporu.

Od łagodnego obrazu kreślonego przez Bermana radykalnie odbiegają inne relacje. Nie pozostawiają wątpliwości, że Luna osobiście brała udział w przesłuchaniach więźniów, ze szczególną lubością torturując młodych mężczyzn.

Podejrzewano ją wręcz o sadyzm na tle seksualnym, katowała rozebranych więźniów szpicrutą, ze specjalnym uwzględnieniem okolic jąder. Jedną z jej ofiar stał się szef propagandy opozycyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego na województwo olsztyńskie.

,,[...] maltretowany przez Lunę Szafarzyński stanowił widok przerażający - opisywał Tomasz Grotowicz. - Jądra miał na wysokości kolan. Brystygierowa wsadzała mu przyrodzenie do szuflady i następnie zatrzaskiwała, a także bez opamiętania biła więźnia. Szafarzyński wkrótce zmarł wskutek ogólnego wycieńczenia”.

To nie był wyjątek, Brystygierową powszechnie uważano za „zbrodnicze monstrum przewyższające okrucieństwem niemieckie dozorczynie z obozów koncentracyjnych”.

Do obowiązków Luny należały również „sprawy wymagające delikatnych tonów”. Chodziło o nadzór, a właściwie przygotowywanie procesów księży wrogich nowym porządkom. Stworzyła w parafiach sieć agentów, a do inwigilacji katechetów proponowała nawet użycie uczniów. Wiedziała, że w środowisku kościelnym można wykorzystać ulubione metody władzy totalitarnej, czyli „antagonizmy pomiędzy poszczególnymi księżmi, spory ambicjonalne i spory na tle walki o zdobycie lepszej pozycji materialnej i w hierarchii kościelnej”.

Brała udział w przygotowywaniu procesu kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka, oskarżonego o kolaborację, szpiegostwo na rzecz USA i Watykanu, faszyzację życia społecznego oraz nielegalny handel walutami. Berman umniejszał jej rolę, ale nie zaprzeczał udziału:

[...] prawdopodobnie była zorientowana w sprawie, gdyż podlegał jej zakresowi pracy. Przypuszczam jednak, że przygotowywała pewne dokumenty, które nadawała wydziałowi śledczemu, gdzie [...] siedział Różański i jej informacje wyglądające wątpliwie, czy nawet niepewnie, poddawane przez niego i jego ludzi głębszemu rozpracowaniu, wyjaśniane na dodatek nie zawsze właściwymi metodami czy uczciwymi metodami przynosiły taki, a nie inny efekt”.

Luna widziała w hierarchii kościelnej głównego wroga nowego ustroju. Polska była jednak krajem katolickim i czasami konieczne były inne metody.

„Kler pomaga kułakom - mówiła na odprawie dyrektorów MBP w grudniu 1948 r. - sieje propagandę przeciw spółdzielczości itd. Ograniczać należy działalność wpływów kleru w instytucjach państwowych i społecznych. W szkołach należy dążyć do częściowego zastępowania księży przez świeckich katechetów, do zmniejszenia godzin religii, do ograniczenia ilości sióstr klasztornych itd.”.

Wzięła również udział w aresztowaniu Stefana Wyszyńskiego. Uczestniczyła w jego przesłuchaniach, a sam prymas określił ją jako „straszną kobietę”.

Berman nie wypowiadał się na temat metod stosowanych przez Lunę w trakcie przesłuchań. Miał powód, przełożeni Brystygierowej po śmierci Bieruta zostali skazani, natomiast Julia zeznawała wyłącznie jako świadek. Podobno postawieniu jej przed sądem sprzeciwił się osobiście Władysław Gomułka, który właśnie wtedy przejął władzę. Nowy szef PZPR miał dobrą pamięć...

W jej osobiste zaangażowanie w procesy czy tortury więźniów powątpiewał sekretarz warszawskiej KW PZPR, Stefan Staszewski. Zaprzeczył jednak, że łączyły go z nią intymne kontakty.

„Luna to był typowy dywersant polityczny - opowiadał Teresie Torańskiej - miała pod swoją opieką Kościół, inteligencję. Nie brała udziału w walce ze zbrojnym podziemiem, nie zajmowała się wymuszaniem zeznań czy montowaniem procesów, przydzielano jej zadania wymagające dużej inteligencji, typowo dywersyjne. Kulturalna, elokwentna, wcale nie krzykliwa, taka pani do towarzyskiego obcowania”.

Julia faktycznie mogła nie dostawać zadań obejmujących osobiste wymuszanie zeznań, ale nikt nie zabraniał jej własnej inicjatywy. Jako wysoko postawiony urzędnik MBP (w stopniu pułkownika) miała przecież duże możliwości samodzielnego działania.

Jej bezpośredni przełożeni (szef ministerstwa Stanisław Radkiewicz oraz jego zastępca Roman Romkowski) traktowali podwładną na specjalnych zasadach. Nadal bowiem łączyły ją intymne kontakty z Bermanem, a możliwe, że jej kochankiem był również sam Bierut.

Towarzysz Tomasz nie był przecież mężczyzną rezygnującym z jakiejkolwiek kobiety.

„I dzięki temu - twierdził Józef Światło - jak Brystygierowa chce coś przeprowadzić, nawet przeciw Radkiewiczowi czy Romkowskiemu w bezpiece, to wszystko może zrobić. Ileż to razy Radkiewicz nie zdążył jeszcze zreferować jakiejś sprawy Bierutowi, a już Bierut, czy Berman dzwonili do niego z zapytaniem: „Słuchaj no, jest u ciebie taka a taka sprawa, dlaczego nam o tym nic nie mówisz?” [...] oni już wiedzieli, bo oczywiście Brystygierowa referuje im wszystko nocami”.  

Luna nie ograniczała się wyłącznie do standardowych metod inwigilacji opozycji. Popierała ruch tak zwanych księży-patriotów, a pod jej szczególną opieką znalazł się Bolesław Piasecki. Ten były działacz endecki (więzień Berezy Kartuskiej), antysemita i przywódca prawicowej Konfederacji Narodu w 1944 r., wpadł w ręce Sowietów. Z niezrozumiałych powodów nie został zlikwidowany, ale powierzono mu organizację „postępowego ruchu katolików świeckich popierającym władze komunistyczne”. I w tej roli (w 1947 r. założył Stowarzyszenie PAX) stał się podopiecznym Julii. A przy okazji został jej kochankiem i dobrze na tym wyszedł.

Ale Lunie Piasecki również nie wystarczał, chyba można było ją podejrzewać o poważne zaburzenia na tle seksualnym. Stefan Staszewski uważał, że wobec mężczyzn była „agresywna” i „zaborcza”. Prezentowała typ „pani z tych, które mówią, kto ma ją dziś do domu odprowadzić”.

„Powstała legenda - mówił Berman - że demoralizowała środowisko literackie przede wszystkim. [...] Prawdopodobnie utrzymywała szerokie kontakty rozmaitymi ludźmi, bo należało to do jej obowiązków. Prawdopodobnie były to kontakty o różnym charakterze. Żadnych przecież ograniczeń urzędowych w tym względzie nie stosowaliśmy, więc mogła robić, co chciała lub uważała za właściwe”.

LASKI

W niektórych sprawach Luna faktycznie wykazała się inteligencją, chociaż na celu miała wyłącznie dobro Polski Ludowej. Należała do nich historia z Pawłem Jasienicą·

„Ona właśnie pokierowała losem [...] Jasienicy, który siedział - mówił Stefan Staszewski. - Przeprowadziła z nim interesujące rozmowy i w ich wyniku zrozumiała, że więcej będzie z niego pożytku na wolności niż w więzieniu”.

Historyk miał prawo obawiać się o swój los, był dezerterem z Ludowego Wojska Polskiego i adiutantem Zygmunta Szendzielarza (słynnego „Łupaszki”) w V wileńskiej brygadzie AK. Za pisarzem wstawiał się również Piasecki i w końcu został zwolniony z więzienia. Warto pamiętać, że gdyby nie decyzja Luny, polska literatura zostałaby pozbawiona znakomitych pozycji wydawniczych, z Polską Piastów na czele...

„Nie zawsze - uważał Sokorski - mogła się oprzeć sugestiom Wozniesieńskich i innych doradców radzieckich, ale na tle swojego resortu była dość samodzielna, co wprawiało w zdenerwowanie nawet Bermana”.

Kariera Julii załamała się po ucieczce na Zachód Józefa Światły. Nazwisko Brystygierowej padało w audycjach Wolnej Europy, zresztą już śmierć Stalina zachwiała dotychczasowym systemem. W Polsce zaczynała się odwilż, choć hamowana jeszcze przez Bieruta.

„Wypadki ze Światłą i Różańskim - mówiła Brystygierowa w trakcie narady aktywu MBP w listopadzie 1954 r. - ujawniły kryzys metod organizacyjnych i metod kierowania w naszym aparacie. Nie może u nas mieć miejsca taka jezuicka teoria, że każda metoda jest dobra, jeżeli prowadzi do celu. W myśl tego Różański bił w mordę w imię partii. Trzeba wszystkich uświadomić o jedności celu i środków - faszystowskie metody nigdy nie mogą prowadzić do socjalistycznego celu”.

Najwyraźniej znęcania się nad narządami płciowymi aresztowanych nie uważała za „faszystowskie metody”...

Urząd Bezpieczeństwa Publicznego przetrwał do 1956 r., kiedy to większość funkcjonariuszy przeszła do utworzonej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Służby Bezpieczeństwa. Z resortu usunięto Romana Romkowskiego, Różańskiego i Anatola Fejgina, a następnie postawiono ich przed sądem. Procesy zakończyły się wyrokami więzienia, ale na mocy amnestii wyszli na wolność w 1964 r.

Podobno w przypadku Różańskiego Julia załatwiała z nim stare porachunki. Na rozprawach pojawiała się wyłącznie w charakterze świadka, zeznawała również na procesie rehabilitacyjnym Władysława Siły-Nowickiego.

„Przed rozprawą - wspominał Władysław Minkiewicz - w kuluarach sądowych spotkało się wielu przyjaciół, byłych więźniów, którzy niedawno odzyskali wolność. Serdeczne uściski, pocałunki, wymiana wiadomości o swoich losach. [...] Tylko na ławce pod ścianą dość skromnie ubrana siedziała jakaś pani, z którą nikt się nie witał”.

Innym świadkiem był dawny wiceminister MBP Roman Romkowski doprowadzony na salę sądową w kajdankach, co wszystkim sprawiło „niemałą satysfakcję”.

W listopadzie 1956 r. Brystygierowa zwolniona została z MSW. Odchodząc z resortu, miała okazję spotkać się z Sokorskim:

„[...] wręczyła mi kilka donosów - opowiadał wiele lat później - pisanych do niej przez moich najbliższych przyjaciół, i to na wysokich stanowiskach. Podobno byłem działaczem Polskiej Organizacji Wojskowej, dwójkarzem, przyjacielem komisarza Pogorzelskiego, kochankiem Zofii Nałkowskiej i masonem. Schowałem teksty na pamiątkę. Do nikogo zresztą nie mam o nie pretensji. Moi przyjaciele byli po prostu dziećmi systemu, bali się o swoją skórę i ratowali w ten sposób swój los, kiedy inaczej nie mogli”.

Po zwolnieniu z MSW Luna na warunki materialne nie mogła narzekać, otrzymywała resortową emeryturę, pracowała również w wydawnictwie „Nasza Księgarnia”. Następnie przeniosła się do Państwowego Instytutu Wydawniczego, próbowała sił także jako pisarka. W 1960 r. ukazała się jej powieść Krzywe litery, podejmująca temat stosunków etnicznych w Galicji Wschodniej na początku XX stulecia. Książka miała niezłe recenzje, chociaż autorce zarzucano zbyt mocne akcenty erotyczne.

Dwa lata później ukazał się jej zbiór opowiadań Znak H. Obie pozycje sygnowała jako Julia Prajs. Najwyraźniej uznała się za pisarkę i w 1969 r. złożyła podanie o przyjęcie do Związku Literatów Polskich. Popierał ją osobiście Jerzy Putrament (wiceprezes ZLP), jednak wniosek odrzucono. Zarząd uznał, że „przyjęcie kogoś, kto powszechnie uchodził - słusznie czy niesłusznie - w opinii publicznej za „mózg” bezpieki, byłoby jej swoistą rehabilitacją”.

Na początku lat 60. Luna zaczęła odwiedzać miejscowość Laski, siedzibę Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. W archiwach IPN znajdują się raporty informatorów w sprawie prowadzonej przeciwko prezesowi Towarzystwa, księdzu Antoniemu Marylskiemu. Przewija się tam postać Julii Brystygier.

Do Lasek wprowadziła ją siostra Bonifacja (Goldman), niewidoma neofitka - franciszkanka. Nie wiadomo, w jaki sposób zakonnica poznała Lunę, ale gdy trafiła do szpitala, to Brystygierowa często ją odwiedzała. Czytała jej książki i czasopisma (w tym „Tygodnik Powszechny”), następnie przyjęła zaproszenie do Lasek, a wizyty zaczęły się powtarzać.

,,16 bm. [czerwca 1962 r.] - donosił Tajny Współpracownik „Ksawery” - w godzinach popołudniowych widziałem wyjeżdżającą z Lasek w towarzystwie Wolmanowej Anny - Brystygier. Do samochodu doprowadziła ją siostra Bonifacja - Goldman i Zula Morawska. Z rozmowy pomiędzy Z. Morawską, a Marylskim wynikało, że Brystygier obiecała załatwić sprawy paszportowe Marylskiemu. [...] Brystygier przyjechała samochodem marki „Moskwicz” koloru zielono-kremowego nr rejestracyjny WC - względnie WE 4513. [...] Wyglądała na zdenerwowaną, prawdopodobnie ze względu na duże towarzystwo, które było świadkami jej wyjazdu, paliła nerwowo papierosy”.

Miała prawo do zdenerwowania, przypuszczała, że zakład w Laskach znajduje się pod obserwacją jej następców i jej wizyty zostaną dostrzeżone.

Faktycznie, bez problemu zidentyfikowano samochód, zapewne też z tego powodu ustały wizyty Luny w Laskach. Prezes Towarzystwa był jednak pewien, że Julia znajduje się na drodze do nawrócenia.

„Ona teraz uświadomiła sobie - mówił Marylski w obecności TW „Rawskiego” - ile zła i nieszczęścia wielu ludziom swym nieludzkim postępowaniem sprawiła i stara się obecnie nowym chrześcijańskim życiem jeszcze wiele naprawić”.

Według niektórych informacji miała przyjąć chrzest, podobno zresztą jeszcze w czasach swojego dyrektorowania czytywała Nowy Testament. Kiedy w Wielki Piątek 1949 r. otrzymała od prymasa Stefana Wyszyńskiego Pismo Święte, odparła że „zna tę księgę, a najbardziej lubi czytać Ewangelię według św. Mateusza”. Nie przeszkodziło jej to oczywiście brać później udział w aresztowaniu prymasa...

Julia Brystygier do końca życia mieszkała w Warszawie, zmarła w październiku 1975 r. (możliwe, że w Laskach). Nie spoczęła jednak na miejscowym cmentarzu, pochowana została na koszt państwa na Powązkach Wojskowych.

Jej synem jest znany muzykolog i krytyk muzyczny, profesor Michał Bristiger. Wykładowca na wielu krajowych i zagranicznych uczelniach, osoba niezwykle zasłużona dla polskiej muzyki. Konsekwentnie odmawiał wypowiedzi na temat matki, sam zresztą w czasach PRL miał na sumieniu niezbyt piękne postępki. Był jednym z krzewicieli marksistowskiej wizji muzyki i gorliwym zwolennikiem osławionej profesor Zofii Lissy. Stefan Kisielewski w swoich dziennikach używał wobec niego określeń: „co za skurwysyn” i „bydlak”. Ale to już zupełnie inna historia ...

Sławomir Koper

Kobiety władzy PRL

oncontextmenu="return false"> ... ...